Kleszcze
Jul 15 2012 · 9 comments · Indie, Strobist ·0
Nagły atak kleszczy
Wytrzymać w pełnym zdrowiu cały pobyt w Indiach, a złapać kleszcza w lesie w Polsce, parę kilometrów od domu – takiej sztuki dokonać może tylko taki pechowiec jak ja. I to w dodatku zorientować się w obecności intruza w ciele dopiero za granicami naszego kraju, gdzie znikąd pomocy – ot cały ja…
Ale po kolei.. Stosunkowo niedawno (jak na realia nadganiania zaległości na blogu) miałem niezwykłą przyjemność pracy z doskonałą ekipą twórczą, w której prym wiodła niezastąpiona stylistka, wizażystka, kreatorka wizerunku i fryzjerka w jednym – Paula. Jest ona nie tylko młodą matką (co powoduje, iż wspólnych tematów nie braknie nam na pewno), ale także szalenie twórczym specjalistą, który nie ogranicza się do “zwykłej” stylizacji, a swoim fachowym okiem potrafi czuwać nad wszelkimi detalami podczas sesji. Jeśli to teamu dołącza jeszcze Natalia, a asystuje osobista małżonka, sesja staje się po prostu czystą przyjemnością. Już dawno po głowie chodziła mi zresztą sesja w coraz modniejszym “hipisowskim” stylu, zatem przyklasnąłem wręcz kiedy Paula stwierdziła, że już od miesięcy ma rozkminiony podobny pomysł i doskonale wie, jakie ciuchy mamy zabrać (ba, ona nawet już je miała) i jak wystylizować Natalię. Zatem nie postało nic, tylko zebrać du..e w troki i zrealizować ten pociągający od dawna całą ekipę pomysł! I nawet kleszcze skrzętnie ukryte w przedziwnych miejscach nie są w stanie tego zepsuć :) Owszem, postępowanie post factum z takimi intruzami z rodziny pająkowatych (mowa o kleszczach, nie ekipie) do najprzyjemniejszych już nie należy i, jak w moim przypadku skończyło się 2 tygodniową kuracją antybiotykową i chirurgicznym rozcinaniem nogi; lecz jak mawiają – jest wojna, są straty!
O rozpiętości słów kilka
Sesję wykonywałem moją nową zabawką – aparatem Mamiya ZD, do którego mam tzw. stosunek ambiwalentny. Kocham go i zarazem nienawidzę. A właściwie uczucia te pojawiają się z odwrotnej kolejności. Sesja do prostych nie należy i jest to zabawa jedynie dla ludzi o mocnych nerwach. Na wyświetlacz oczywiście nie ma co liczyć – nie widać w nim kompletnie nic. Owszem można podglądnąć histogram, ale już oglądnięcie zdjęcia na ekraniku o rozdzielczości pewnie mniejszej niż VGA to istny powrót do przeszłości, kiedy godzinami czekało się, przy wtórach dziwacznych dźwięków z magnetofonu, na “wgranie” się gry na Atari, a potem pasjami “ciupało” się w River Ride… I do tekstów w stylu “nie włączaj światła, bo się nie wgra…”. Jednym słowem – nic nie widać :) Nic to, pomyślisz – zawsze można robić zdjęcia prosto na kompa do Lightrooma. Jasne, można, można. Najdłuższy kabel Firewire jaki znalazłem ma kolo 4 metry, co już nie jest super wygodne, a i transfer do dedykowanej aplikacji też demonem szybkości nie jest. Dedykowanej, bo oczywiście tethered capture do Lightrooma nie działa. O ilości błędów aplikacji, “zawieszeń” i innych problemów oczywiście nie wspomnę przez grzeczność, ale i tak sam w sobie widok fotografa, który w środku lasu gania z laptopem jest co najmniej osobliwy.
Znacznie milszych doznań dostarcza jednak praca ze zdjęciami z tego aparatu już po skończeniu sesji. Tu oczom ukazuje się już naprawdę przyjemny widok. Przede wszystkim ta stara konstrukcja (ma juz pewnie z 8 lat co jest całą epoką w branży fotograficznej) ma niesamowitą rozpiętość tonalną, porównywalną z filmem średnioformatowym. To co na mojej lustrzance już dawno się przepala, w Mamiya ma jeszcze całkiem sporo detali. Jest to zasługa przede wszystkim sporo większej matrycy, dzięki której także i pixele mogą być znacznie większe.Większa matryca to także znacznie mniejsza głębia ostrości, właściwa aparatom średnioformatowym.
Wszystkie tu publikowane zdjęcia robiłem przy ISO 50, które jest natywną czułością tego aparatu. Owszem, może pracować “aż” do ISO 400, jednak wtedy pojawiają się już dość znaczne szumy. Prosta sprawa – ten aparat po prostu lubi dużo światła. Tylko wtedy pokazuje swoje prawdziwe oblicze i pełnię możliwości. Na szczęście w przypadku zdjęć pod słońce taki poziom czułości jest jak najbardziej naturalny. Autofocus to sprawa dyskusyjna w przypadku tego aparatu. Sporo użytkowników narzeka na to, iż nie działa on najlepiej, do wyboru jest 1 (słownie “jeden”) punkt ostrości, a i tempo jej ustawiania nie jest ekspresowe. Nie jest to jednak aparat do sportu, więc w użytku “portretowym”, gdzie nie specjalnie nam się spieszy, jest to sprawa pomijalna. W połączeniu z bardzo jasnym wizjerem (a ja myślałem, że mój Canon ma jasny…) oraz tanimi obiektywami manualnymi do starszych modeli tego producenta – dostajemy bardzo fajną platformę do współpracy z niezmiernie dobrymi jakościowo szkłami.
Zatem czy polecam? I tak i nie… Nie jako podstawowe body, bo nie wierze, że robicie tylko portrety studyjne, lub zdjęcia plenerowe w studio. Nie kupuje też tego, że praca w plenerze z laptopem jest fajna, wygodna i lansiarska – jak dla mnie jest po prostu upierdliwa. Co innego w studio, lecz plener i runo leśne pełne kleszczy (vide powyżej), to nie jest miejsce dla twojego ukochanego laptopa. Nie polecam jeśli potrzebujesz wyższego iso niż powiedzmy 200, szybki autofocus, dobry wyświetlacz. Polecam natomiast jeśli mimo tych wszystkich wad, jesteś jak ja fanem tego specyficznego “looku” jaki daje tylko średni format. Polecam jeśli lubisz głębie, którą on daje, poziom detalu, rozpiętość tonalną. Wiem, wiem, nikon teraz ma trylion EV rozpiętości i 1,5 raza więcej pixeli. Ale…
Sesja w prześcieradłach
A jak świeciliśmy? Baaardzo prosto, klasyczny OneLight. Przy okazji tej sesji postanowiliśmy wypróbować patent na wielki softbox, zbudowany z 2 ogromnych prześcieradeł rozwiniętych na stojaku do tła. Dzięki takiemu zabiegowi uzyskujemy ponad 4 metry kwadratowe powierzchni oświetleniowej, dzięki czemu emitowany błysk jest niezmiernie miękki i delikatny. A więc błyskamy tak, aby nie do końca widać było efekty błysku, gdyż takie światło jest zbliżone do zastanego w pochmurny dzień. Mając przygotowaną ramę z rozwiniętymi prześcieradłami, pozostaje już tylko błysnąć gołą lampą o dużej mocy w pełnym oddaleniu od tegoż swoistego softboxa (czy tez California Sunbounce dla ubogich). Ja używałem akurat lampy MSN 800 na pełnej mocy, zasilanej z battery packa. Jedno słowo przestrogi – taka ogromna powierzchnia to zwykły żagiel, który dość swobodnie zachowuje się podczas nawet najmniejszego podmuchu wiatru, zatem albo obciążyć musimy go sporymi kamieniami, sand bagami itd, bądź też po prostu podziurawić nasz softbox, tak aby ciut mniej poddawał się wiatrowi.
W zdjęciach “pod słońce” byliśmy już bardziej mobilni, gdyż ograniczyliśmy się do błyskania przenośną lampą Fomei Panther Mini z parasolką. To mój ulubiony obecnie zestaw, który służył mi wiernie podczas podróży do Indii i ani razu mnie nie zawiódł. A mógłby, gdyż nie dawałem mu żadnej taryfy ulgowej. Zaletą tego sprzętu jest to, że faktycznie można trochę pobłyskać (ponad 350 błysków przy pełnej mocy na jednej baterii), co jest jakże różnym wynikiem od innych, popularnych obecnie lamp plenerowych, których 90-100 błysków to raczej zawracanie głowy, a nie poważna konkurencja.
Zatem błyskaliśmy klasycznym górnym światłem, powyżej twarzy modelki, tak aby wyrównać różnicę naświetlenia w stosunku do skrzącego się w tle słońca. Nie chciałem go gasić całkowicie, gdyż zależało mi na uzyskaniu tego świetlistego, hipisowskiego klimatu, jednak i tak musieliśmy wydatkować sporo mocy lampy, aby wydobyć Natalię z cienia :)
0
9 Comments
Paweł - Fotografia
On: Reply
Paweł Fotografia
On: Reply
Paweł Michalak via Facebook
On: Reply
Lukasz Piech Strobist Fotografia via Facebook
On: Reply
Marcin Szumański
On: Reply
Ania
On: Reply
Tomek
On: Reply
Artur Mączka
On: Reply
Iulia
On: Reply