Nadrabiamy, czyli prefacja dygresyjna No tak, zaległości całkiem sporo, ale coraz trudniej to wszystko ogarnąć – praca, foty, zdrowie. No cóż, bywa, ale czem prędzej postanowiłem naprawić wszelkie opóźnienia. Tym bardziej, że dzisiejsze to sesja dla naprawdę fajnej wizażystki, Kasi, dla której przygotowałem dość niespotykany pomysł sesji ze światełkami choinkowymi. Zresztą przygotowując się do sesji, robiłem w domu jak zwykle jakieś tam swoje testy. Wszystko po to by w owych testach polec sromotnie. Nic mi się nie kleiło, w zastanym przy lampkach choinkowych było tak sobie, a błysnąć znowu też nie było jak, bo wszystkie lampy za mocne. ISO było totalną przeszkodą, bo ozdóbki dawały cholernie mało światła, więc ni jak nie szło tego zgrać. Testy poszły w kosz, ja zły, więc poszedłem spać. A wtedy, jak do Józefa Oleksego, przyszedł do mnie anioł (do niego to już chyba 2 razy co najmniej) i powiedział “Czas Piechu, czas”. Jednym słowem – olśnienie. Po co mi wysokie ISO, skoro i tak błyskam! Zastane – czas, błyskowe – przysłona i ISO. Nie wiem co mówi o mnie ta wątpliwej jakości przypowieść, ale jedno jest pewne – mam fioła na punkcie foto, skoro nawet przez sen myślę o zdjęciach… ale o tym za […]
Tak się bawi, tak się bawi AWF AWF – czyli alma mater mojej żony, znajduje się przy genialnym po prostu parku. Parku w którym nadzwyczaj genialnie (ponad zwykłą genialność dnia codziennego) dzieje się pod względem kolorystycznym, kiedy jesień zagości w nasze progi. Płomienie żółto-czerwonych liści, urokliwe alejki, słoneczko wyglądające zza gałęzi, tak nieśmiało, a jednocześnie tak ogniście, jakby z pewną nieśmiałością chciało uczcić pamięć odchodzącego lata. W tymże parku jest też prawdopodobnie największa gęstość występowania osób fotografujących na metr kwadratowy prawdopodobnie w całej Unii Europejskiej. I nie chodzi tu wcale o to, żeby było on jakąś mekką artystów fotografików, wręcz przeciwnie – przyciąga jak magnes rodziców, którzy specjalnie po to kupili swoje pierwsze De 90 lub 550tke z kitem aby uwiecznić każdy krok swojej pociechy. Każdy grymas na twarzy swego ukochanego synka, każdy glut zwisający z nosa wychuchanej córeczki (bo i najcieplej teraz nie jest, więc o katar nie trudno kochani rodzice). Normalnie wszystko. “O idzie, o uśmiecha się, o wdepnął w psią kupę”. I wcale się tutaj nie nabijam, bo moja Julka będzie prawdopodobnie najbardziej obfotografowaną córeczką w tej części globu. Ot takie spostrzeżenie socjologiczno-technologiczne, już teraz wiem, dlaczego przemysł produkujący coraz większe karty pamięci musi tak ciężko pracować […]
Szalona jazda – epilog
No i stało się. Na dworze -8 stopni, odmroziłem sobie nery i stopy ale zrobiliśmy zdjęcia narzeczeńskie. Nie wiem jeszcze czy to już są TE zdjęcia ale coś zrobiliśmy. Dodatkowa trudność- na zewnątrz jest dziś baaardzo zimno, a ja paradowałem w marynarze. Bo oczywiście pilota do aparatu jeszcze nie kupiłem… Ale było wesoło! Chcieliśmy coś dynamicznego i mam nadzieję, że się udało! Nie chcieliśmy super romantycznych zdjęć narzeczeńskich, jak od pana Zenka z zakładu na mieście, gdzie zakochana para w trawie patrzy sobie namiętnie w oczy, trzyma się za ręce i wzdycha, a słońce za ich plecami wypala całe niebo i kąciki ich uszu, tak że wyglądają jak ET. Nie chcieliśmy też zdjęć na plastikowym tle przedstawiającym ruiny Pompeii albo Rzym nocą, na którym wspierałbym się na plastikowej kolumnie korynckiej… Chcieliśmy coś śmiesznego, niestandardowego, ciekawego. No bo jak inaczej nazwać moją głupawą minę, jak tylko “ciekawa”… Mina może sugerować iż jest to “pocałunek śmierci” – nic jednak bardziej mylnego :)